Rozpływam się... Dopiero co wróciłam z kina i postanowiłam na świeżo podzielić się wrażeniami z obejrzanego filmu. Lubię chodzić do kina na nietuzinkowe filmy.. i do tego gatunku z pewnością sklasyfikuję "Julia & Julie". Cudowną opowieść o dwóch kobietach. Opowieść opartą na dwóch autentycznych historiach. Julia Child napisała wiele książek kucharskich oraz poprowadziła mnóstwo programów kulinarnych w telewizji. Z kolei Julie Powell jest pisarką i autorką książki na której to podstawie został zrealizowany film. I w tej właśnie książce opisała swoją własną historię, czyli to jak pewnego dnia zauroczyła się Julią Child.
Pierwsza Julia, często zmienia kraje zamieszkania ze względu na swojego męża który pracuje w dyplomacji. Jej historia rozpoczyna się w Paryżu w latach 50 (ochh co za cudne klimaty) gdzie jej mąż obejmuje posadę. Po wielu poszukiwaniach swojego miejsca w życiu Julia zaczyna gotować zachwycona kuchnią francuską. Jest szalona, otwarta i niesamowicie pozytywna. Po wielu trudach i latach udaje jej się wydać niesamowitą książkę kucharską z przepisami kuchni francuskiej dla Amerykanek.
Druga kobieta to 30-letnia Julie. Jej perypetie toczą się po 2001 roku w Stanach Zjednoczonych. Pełni nużącą funkcję sekretarki w urzędzie, która codziennie musi odbierać setki telefonów. Z pracy przychodzi zmęczona, sfrustrowana i niekoniecznie zadowolona z faktu, że mieszka wraz z mężem w skromnym mieszkanku nad pizzerią. Żeby wprowadzić jakąś nowość do swojego monotonnego życia postanawia wypróbować wszystkie przepisy z książki kucharskiej Julii Child. Na osiągnięcie celu wyznacza sobie 365 dni. Dodatkowo mąż namawia ją żeby założyła blog.
Film pokazuje niezwykłe zmagania kobiet ze sztuką gotowania. Strach przed homarem (Julie), upór w szatkowaniu cebuli (Julia), radość z przepysznych potraw, którymi dzielą się z najbliższymi. I nie chodzi tutaj o te pozornie łatwe czy trudne kuchenne czynności, ale o to, że te kobiety walczą. Dążą do perfekcji jednocześnie czerpiąc radość z tego co robią. I prawdziwe są tutaj też słowa z innego filmu który uwielbiam "Into the Wild" --> "happiness is only real when shared": szczęście jest prawdziwe tylko wtedy kiedy się nim dzielimy.
A najpiękniejsze w tym filmie jest to, że zarówno Julia jak i Julie są wspierane przez kochających je mężów. Te dwie historie, które się wzajemnie w jakiś sposób przeplatają są intrygujące w swojej prostocie. To jest chyba najnormalniejszy film jaki ostatnio oglądałam. Nie ma tam mowy o zazdrości, zdradzie, braku szacunku. Jest za to dialog między małżonkami i wzajemne zrozumienie. Jest szlifowanie charakterów jak i szczęście z przeznaczenia, które kiedyś ich połączyło.
Jest także zauważalne cierpienie Julii z powodu braku potomstwa. A co najważniejsze to Paul, jej mąż nie ucieka od problemu. Jest tego świadomy i kocha ją tak samo czule.
Julie natomiast szuka akceptacji w swoim środowisku. I receptą na to jak jej się początkowo wydawało nie jest wykonanie setek przepisów pani Child w rok, ale głębsze odkrycie relacji ze swoim mężem.
Film jest cudowny... Nie ma w nim blichtru amerykańskiego hollywoodu. Jest za to radość, uśmiech, zmaganie się. Prostota i umiar. W rolach głównych genialna Meryl Streep i Amy Adams. Ich filmowi mężowie to Stanley Tucci oraz Dave Annable. Jeśli nie chcecie zmarnować wieczoru w kinie, to szczerze Wam polecam J&J..
A na deser podzielę się z wami czymś wyjątkowym.. odnalazłam autentyczny blog Julii Powell.. blog, który jest pokazany w filmie.. tak samo oszczędny w grafice, tak samo ujmujący.. kliknij!
---
a na zdjęciu wyżej prawdziwa Julia Child
zródło: http://audaciousink.files.wordpress.com/2009/07/julia-child-with-rolling-pins.jpg






11 komentarze:
Zawsze wiedziałem, że na Tobie mozna polegać :)
Obawiam sie jednak, że dla męskiego grona fanów Twojego bloga filmy o gotowaniu mogą się nie przyjąć. Ale znalazlem coś dla siebie na wieczór np: "Flighting" są jeszcze "Granice miłości" oraz "Nowszy model" ale chyba już nie starczy mi na to czasu :).
Chciałbym zauważyc ze mija właśnie 5-ty dzień :)...
Anonimie, chyba musimy pogadać pod nieobecność Gospodyni. Widocznie strasznie zajęta, że nie rozpieszcza nas nową notką. A w kinie już byłeś na wzmiankowanej komedii? Ja się wybieram ale trochę jak... sójka za morze, aż w końcu zejdzie z ekranów.
Anno S. skoro tak się sprawy mają to wielka szkoda :) popiszemy sami. cd filmu to niestety nie byłem na tej komedii. Ale tak jak pisałem obejrzałem inny "Flighting" prasa i wszelkie inne media uważały, że to gniot :) chyba po części zgodzę się z nimi :) nie był wybitny, zwykłe "mordobicie" bez głębszej treści :) Ale dało się wysiedzieć bez większego wysiłku :). Na ten weekend trochę większy wybór niż ostatnio i min będzie "Rewers" i "Solista" o których słyszałem dobre opinie :) Weekend w kinie zapowiada się ciekawie :)
Szkoda, że mnie nie dane iść do kina, bo w sobotę będziemy świętować imieniny Urszuli (było 21.10 ale solenizantka przesunęła) a w niedzielę nocna zmiana więc też z kina nici. A swoją drogą to mam taką biurową teczkę, do której zbieram wszelkie kulinarne przepisy, które mnie choć troche zainteresują. Jednak nie mam czasu ich wypróbować. Myślę, że jak pójdę na emeryturę to wreszcie wszystkie po kolei będę przyrządzać. Żeby tylko było dla kogo...
Teraz spojrzałam na czas. Anonimie, skąd Ty jesteś, że takie przesunięcie czasowe? Muszę się głęboko zastanowić ... to chyba gdzieś... Wielka Brytania?
Ja już jeden z filmów mam za sobą - "Soliste" Wrażenia zupelnie jakbym był na koncercie w filharmonii, polecam wszystkim, którzy lubią muzykę poważną :)
ps. Anno S. jestem z PeL'u :)
Bardzo enigmatycznie :( Anonim widocznie musi być... anonimowy. Trudno, pytałam tak ogólnikowo
aNulko, gdzie sie zapodziałaś? Już tyle dni nic nie wrzucasz na bloga. A ja teraz trochę samokrytyki, jak w czasach minionyzmy na zebraniach partyjnych. Jestem bystra jak... (nie będę się wyrażać) bo dopiero teraz dostrzegłam jak można wyłączyć puderniczkę. Lubię Twoje wybory muzyczne, ale czasem słucham czegoś innego i nie chcę kakofonii. Teraz właśnie napadło mnie na Katie Melua.
pozdrawiam wiernych komentatorów..
wciągnął mnie ostatnio wir obowiązków i na chwilę przyciągnęły góry..
Kontynuując temat filmowy to obejrzałem dzisiaj w kinie dwa :) rosyjski i polski. Pierwszy o sytuacji w Moskwie: powracajacy chłopak z wojska, szuka swojej dziewczyny, z którą jak mu się wydaje coś go łączy. Rzeczywistość okazuje się jednak inna. Bardzo realistyczny obraz życia w tym kraju, gdzie pieniądze rządą wszystkim. Przygnębiający. Drugi wybrałem żeby nie wracać w beznadziejnym nastroju i udało się. Film "Zero" nie chce za bardzo reklamować, bo zależy jak się patrzy na świat i co się w nim chce dostrzegać, jednak dla mnie był genialny :) O zupełnej przypadkowości, która ma swoją logike tą pozytywną :)
Prześlij komentarz