czwartek, 3 grudnia 2009

Nigel Kennedy & Kroke





Wczoraj wieczorem byłam na fantastycznym koncercie Nigela Kennedy'ego z zespołem Kroke.
Aura była niesamowita. Nigel popijając od czasu do czasu piwo zagadywał między utworami publiczność. Wszystkie wykonane utwory były majstersztykiem. Nigel wykazał się wspaniałą wirtuozerią. Jego gra na skrzypcach była pełna życia i dynamizmu. Ciekawe, że ten energiczny człowiek o zabawnej fryzurze z taką czułością potrafi grać na skrzypcach. Na instrumencie, który pokochałam 15 lat temu kiedy pomyślałam, że chciałabym się nauczyć na nim grać. Przyznam iż bywały w mojej skrzypcowej historii także momenty trudne, chwile zwątpienia i rezygnacji. Ale jest w niej też dużo radosnych momentów, ulotnych minut kiedy to muzyka daje szczęście. Trochę tak jak w relacjach z ludźmi. I wczorajszy koncert był dowodem na to, że człowiek może przez muzykę dialogować z instrumentem i z publicznością. Wydaje mi się, że szczytem muzycznych osiągnięć jest umiejętność wywołania w drugim uczuć poprzez muzykę. Poruszenie jego duszy, tchnięcie nowego powiewu. I na pewno dla mnie tym utworem na dzień dzisiejszy będzie dopiero co odkryty bajeczny "Solitude" Nigela Kennedy'ego (do muzycznej puderniczki dodałam też utwór Janitsa pochodzący z najnowszej płyty Kroke "Out of sight")
Wracając do koncertu.. "East Meets East" album Nigela i Kroke jest pełen klezmerskiej tajemniczości i głębi. Tę płytę znam na pamięć. Jest dla mnie opowieścią o tęsknocie przeplatanej radością i oczekiwaniem. A wczoraj miałam pierwszy raz możliwość wysłuchania jej na żywo. Sala koncertowa była wypełniona aż po brzegi. Koncert był bardzo dobrze nagłośniony i naświetlony, tak, że cały spektakl sprawiał przyjemność. Mogłam się zagłębić w głębokie tony kontrabasu, wpatrzyć w klawisze akordeonu.. Choć największą radość sprawił mi dialog między skrzypcami Nigela a altówką Tomasza Kukurby. Obydwaj byli fenomenalni! Było po prostu cudownie!!

Jutro jest 4 grudnia czyli święto św. Barbary. Nie wyobrażam sobie tego dnia bez "burbary". Tradycyjnej potrawy przygotowywanej z tej okazji przez Arabów chrześcijan. Tak więc dzisiaj przyrządziłam ją zgodnie z przepisem. Burbara jest czymś w rodzaju naszej polskiej kutii, tylko trochę różnią się w niej składniki. Przede wszystkim jest przygotowywana z gotowanej pszenicy, rodzynek, suszonych moreli, orzechów włoskich, migdałów. Sekretem są przyprawy: cynamon, anyżek oraz helbe ( z tego co wiem w Polsce niedostępny). I burbara ma taki fantastyczny orientalny smak, który kojarzy mi się z dzieciństwem. A przy muzyce Kroke jeszcze lepiej smakuje...

niedziela, 29 listopada 2009

Słońce z pomarańczy...




Niesamowite jest to jak czas szybko płynie.. Jeszcze w zeszłym tygodniu byłam w Paryżu. A dziś zakatarzona z bolącym gardłem pisałam konspekty i raport z praktyk. W grubym swetrze. A wychodząc z domu o dziwo wkładałam czapkę.. A czapkę wkładam tylko wtedy kiedy temperatura spada poniżej zera, lub kiedy jestem chora.. A od środy właśnie chodzę taka przeziębiona.. Cóż taki klimat..
Wieczorem postanowiłam wziąć się za swoje zdrowie i zrobiłam grzańca na bazie gingers'a. Z dodatkiem laski cynamonu, ze szczyptą goździków i kardamonu. Do tego plasterki pomarańczy. Taki magiczny gorrrący napój. I spędziłam pełne spokoju chwile oglądając "Dom nad rozlewiskiem" i grzejąc dłonie o miły w dotyku pękaty gliniany kubek z Izraela. A "Dom nad rozlewiskiem" jest serialem, który naprawdę mi się podoba. Dużym plusem na pewno jest krajobraz Mazur... rozlewisko, takie sielsko anielskie klimaty do których się tęskni, zwłaszcza wtedy kiedy tydzień jest szczegółowo zaplanowany.. Dom w którym rozgrywa się akcja przepełniony jest radością, prostotą i ciepłem. Czasami tak myślałam o tym, żeby w przyszłości przeprowadzić się na wieś i na przykład zostać tłumaczem. W dzień chodzić po lasach, robić konfitury, zajmować się tworzeniem biżuterii i stylizacjami, a wieczorami tłumaczyć teksty. Żyć w taki sposób, aby czerpać z blisko znajdującej się natury a z drugiej strony za pomocą laptopa i internetu mieć dostęp do świata. I od czasu do czasu rzecz jasna bym sobie wyjeżdżała z tej mojej głuszy w jakąś podróż. Na przykład do Hiszpanii żeby zwiedzić Sevillę, Alhambrę i Granadę. Z podróży przywoziłabym wtedy różnorodną ceramikę i formy do pieczenia ciast.  A na dzień dzisiejszy z mojego doświadczenia wiem, że tak góra dwa miesiące jestem w stanie wytrzymać poza miastem. Niemniej jednak "Dom nad rozlewiskiem" ma ciekawą fabułę i nietuzinkowe klimaty.. Kiedy skończę czytanie dwóch obecnych lektur to następne w kolejce będą książki Małgorzaty Kalicińskiej... Od tak dla rozrywki...
Grzaniec mi pomógł.. Podobno mam błyszczące oczy tak jak na chorobę.. ale się nie dam.. Po prostu pójdę wcześniej spać...

Dobranoc.



wtorek, 24 listopada 2009

Paris by night


 [la Seine - Sekwana]

Wróciłam z Paryża. Spędziłam tam kilka bardzo intensywnych dni, i to takich, że dziś spałam 12 godzin żeby choć trochę się zregenerować.


1. Konferencja

Moim głównym celem wyjazdu do Paryża było uczestnictwo w  konferencji - 84 "Semaines Sociales de France". W ramach "Semaines Sociales" od 1904 roku corocznie odbywa się konferencja. I co roku kongres ten ma miejsce w innym francuskim mieście. W zeszłym roku był w Lyonie (gdzie również byłam) a w tym roku odbył się w stolicy Francji, w Paryżu.
Tematem tegorocznej konferencji był: "Nouvelles solidarités - nouvelle société" (nowa solidarność - nowe społeczeństwo). Wzięło w niej udział ponad 3500 osób w tym trochę młodzieży z Polski, Słowacji, Słowenii, Anglii, Węgier, Chorwacji, Ukrainy, Belgii, Niemiec. Były poruszane bardzo ciekawe tematy: biedy w  wysoko rozwiniętych krajach, solidarności między pokoleniowej, pracy a także relacji między krajami europejskimi. Najbardziej podobał mi się niedzielny wykład: "Czy Europa jest jeszcze utopią?" Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona exposé eurodeputowanej Sylvie Goulard. Jej wypowiedź była pełna ciekawych faktów dotyczących aktualnej Europy. Mówiła o potrzebie integracji Europy, poruszyła także temat Polski, która jako duże państwo powinna być bardziej dostrzeżona na arenie europejskiej. Mówiła o procesie wprowadzania pokoju w Europie poprzez ujednolicenie prawa. A co najważniejsze jej wykład był realistyczny, a nie czysto utopijny.
Dodatkowo podczas tej konferencji miałam bezpośrednią styczność z Francuzami i to nie tylko tymi których na co dzień spotykałam podczas wykładów. Mieszkałam przez te kilka dni u przemiłych staruszków u Colette i Jean-Marie. Wieczorami po kolacji rozmawiałam z nimi na przeróżne tematy, przede wszystkim społeczne. Przedstawiali mi swoje przemyślenia na temat imigrantów, o mieszaniu się kultur i religii we Francji. O tyle ciekawe były te późno-wieczorne rozmowy  iż sama miałam możliwość mieszkania przez pół roku w Grenoble, więc mogłam śmiało z nimi dyskutować.





2. Architektura Paryża

Paryż jest najbardziej romantycznym miastem jakie znam. Mogłabym jeszcze do tej kategorii zaliczyć Pragę, ale tak czy inaczej i tak francuska stolica znajduje się u mnie póki co na pierwszym miejscu. Wieczorami miałam okazję pobyć trochę w samym centrum Paryża (konferencja odbywała się na północy z dala od atrakcji turystycznych). A co mnie najbardziej w tym mieście urzeka? Jego niezwykła architektura. Na każdym kroku, placu i za każdym rogiem czeka coś niezwykłego i pięknego.
I tak spacerując byłam na przykład w Dzielnicy Łacińskiej gdzie przy Sorbonie zjadłam kolację rozkoszując się ciepłym wieczorem mimo pokropującego od czasu do czasu deszczu. Zaszłam też do katedry Notre-Dame pełnej turystów nawet po zachodzie słońca i wypełnionej atmosferą tajemniczości. Przy Luwrze usiadłam na chwilę. Będąc teraz w Paryżu cieszyłam się, że już kiedyś tutaj byłam i że nie mam ciśnienia żeby wszystko zwiedzić. Tym bardziej, że nie miałam na to specjalnie czasu. A co mogłabym robić w Paryżu godzinami? Przesiadywać w kawiarniach i chłonąć atmosferę miasta..





Luwr:



Imponująca róża w Katedrze Notre-Dame:



Stacja metra Saint Michel Notre-Dame:



Innego wieczoru byłam na wzgórzu Montmartre w monumentalnej bazylice Sacré-Cœur. Spacer wąskimi uliczkami Montmartre był niezwykle przyjemny a naleśniki jedzone pod gołym niebem były chyba najpyszniejszym akcentem tego dnia. Wszędzie było mnóstwo spacerowiczów. W małych sklepikach piętrzyły się mniej lub bardziej tandetne pamiątki z charakterystycznymi pięcioma literami tworzącymi napis: Paris. Galerie przyciągały obrazami paryskich pejzaży, głównie akwarelami i olejami. W wąskich uliczkach wszystkie kawiarniane stoliki były zajęte. Wzgórze tętniło życiem. Gdy zrobiło się późno podjechałam do metra Abbesses Montmartrobusem. Kierowca, istny szaleniec, niezwykle szybko zjeżdżał z góry, nie bacząc na strome zjazdy i zaparkowane po obu stronach samochody. A stacja Abbesses jest śliczna. Schodzi się do metra krętymi schodami oglądając na ścianach zdjęcia z Montmartre. I schodzi się schodek po schodku, coraz niżej i niżej, aż w końcu kiedy zaczyna się wątpić, że w ogóle kiedyś dojdzie się na dół  to schody się kończą.

Bazylika  Sacré-Cœur:



Ostatniego wieczoru postanowiłam odwiedzić les Champs-Elysées. Zaczęłam od Place de la Concorde, pozdrawiając wzrokiem ślicznie oświetloną Więżę Eiffla. Tym razem Champs-Elysées były już świątecznie ozdobione, a po dwóch stronach ulicy zostały ustawione kremowe drewniane budki w których to można  było kupić wszystkie najbardziej tandetne gadżety jakie można znaleźć na tym świecie. Byłam szczerze zdziwiona, że na paryskim świątecznym jarmarku można kupić rosyjskie drewniane babuszki, bizuterię z magnesu,  białą pościel wykończoną koronką, kiepskiej jakości wełniane czapki i rękawice, suto haftowane dziecięce kubraczki z Peru, chińską porcelanę i inne tego typu rzeczy. Aha! u pewnego pana można nawet było wypisać swoje imię na ziarnku ryżu. Taki talizman przynoszący szczęście hehe.. Mówię wam takiej kumulacji kiczu jeszcze en France nie widziałam. Poza tym budki oferowały naleśniki, grzane piwo i wino, niemieckie kiełbaski, watę cukrową i cukierki na wagę. Te lepsze proponowały makaroniki w uroczych opakowaniach i świąteczne pierniki i były chyba jedyne rzeczy które mi się spodobały. Więc cały ten jarmark w ogóle mnie nie zachwycił. Ponieważ była to sobota to spacerowały po Champs-Elysées tłumy. Dodatkową atrakcją okazały się dwa słupy między którymi rozwieszona była stalowa lina. Do linki były doczepione naturalnej wielkości sanie prowadzone przez sztuczne renifery. W pewnym momencie do sani wsiadł hero czyli św. Mikołaj i sanie ruszyły. Św. Mikołaj w wyuczony sposób machał do ludzi a oni w zamian krzyczeli do niego i robili mu zdjęcia. Taka śmieszna szopka. Bardzo zabawna :)) Kiedy skończył się  rząd budek ,ukazały się butiki. Kupiłam nagrodzone medalem Bordeaux z 2006 i moje ulubione kosmetyki Le Petit Marseillais i ukochaną wodę różaną do twarzy Christiana Lenart. Takie drobiazgi, a sprawiają tyle radości. Szkoda tylko, że są niedostępne w Polsce. Dlatego muszę więc co jakiś czas jeździć do Francji :)




3. Moda

Ale i tak nic nie przebije czarnych lakierek  na które cudem natknęłam się niedaleko Châtelet. Moje paryskie czarne lakierki będą mi zawsze przypominały o tych kilku dniach spędzonych na konferencji. O niezliczonej liczbie kilometrów którą przemierzyłam RERem i metrem. O tysiącu kroków które przeszłam paryskimi uliczkami. 

Moje małe czarne lakierki, a w tle najświeższa prasa o modzie:



 A w Paryżu modne są... berety..! tak, tak berety. Te które w Polsce kojarzone są z moherową koalicją, a tam są śmiało noszone przez młode paryżanki. Multum kolorów, z dłuższą lub krótszą antenką, zawsze na topie. Poza tym królują płaszcze, szczególnie w kratę. Skórzane kozaki, eleganckie torby jak i eco-torby. Okulary w mocnych kolorach przede wszystkim tak ostatnio modne - czarne.  I królują rozmaite wzory na rajstopach. A to jest wielki plus, bo jestem fanką rajstop. Taki prosty trik a całkowicie zmienia wygląd całego zestawu ubrań. Duże swetry, buty na obcasie. W sumie to dziwię się sobie, bo w czwartek byłam od 7 rano do 23 w pantofelkach na obcasie i moje stopy nic a nic z tego sobie nie czyniły. Praktyka czyni mistrza.. a raczej mistrzynię.. albo jest to i sekret super dobranych wygodnych butów. Konferencja to konferencja.. trzeba się pokazać od tej elegantszej strony..  

Ciekawą modę można również zaobserwować podczas jazdy metrem. Ilekroć zmienia się dzielnicę to do wagoników dosiadają się różne osoby. W centrum są to dziewczęta z rozpuszczonymi włosami, torebką na łokciu, płaszczykach i wąskich spodniach oraz biznesmeni w garniturach ze skórzanymi teczkami.  Im dalej od centrum tym zmienia się karnacja dosiadających się. I tak dosiadają się muzułmanki w chustach oraz Murzynki w barwnych, tradycyjnych strojach. Jest też młodzież z Maghrebu w bluzach dresowych i najnowszych modelach sportowych butów. Są też i podróżni z walizkami. A większość łączy jedno: najnowsza technologia: dotykowe telefony komórkowe, małe laptopy oraz cyfrowe eBooki.



Secesyjne czerwone lampy czyli wejście do metra:






Cieszę się z tego pobytu. Dla mnie zawsze podróże są takim nowym tchnieniem, źródłem inspiracji...  Jeśli ktoś nie był w Paryżu to niech żałuje... Mogłabym pisać i pisać, ale jutro pora wrócić do rzeczywistości i pójść do pracy... :)


Paris, je t'aime.. 

I'll be back...


 


sobota, 14 listopada 2009

Paris vol.2





Już za kilka dni zawitam w Paryżu :)) cudownym mieście pod każdym względem: mody, architektury, kultury, jak i jej mieszkańców. I rzecz jasna będzie tam na mnie czekało metro rozbudowane na wzór pajęczej sieci. Po raz kolejny zapełnię notatkami notes. Gruby notes w twardej oprawie przeznaczony tylko do wpisywania potrzebnych mi rzeczy podczas kolejnych podróży.  Uwielbiam podróże. Kiedyś chciałam nawet zostać stewardesą, ale z biegiem lat odsunęłam ten pomysł na bok.
Przed wyjazdem muszę zamknąć jeszcze kilka spraw między innymi skończyć kolekcję kolczyków. Może uda mi się ją wkleić na bloga przed wyjazdem, a jeśli nie to dopiero po powrocie. Niektórzy odwiedzający mojego bloga wiedzą, że kiedyś miałam stronę na której zamieszczałam zdjęcia moich mini-kolekcji, ale ją tymczasowo zawiesiłam.
Kolejnym punktem jest ostateczne doszlifowanie mojego pierwszego rozdziału pracy magisterskiej. Święto Niepodległości spędziłam właśnie w jej towarzystwie. Było niezwykle literacko.
A z takich drobniejszych to pozostaje spakowanie walizki. Podczas ostatniej podróży do Paryża miałam ze sobą 7 par obuwia.. teraz warunki będą inne więc się ograniczę...

Życzę miłego tygodnia, zapewne napiszę coś po powrocie... :)



poniedziałek, 9 listopada 2009

historia ryzy papieru





Czy znacie taki fantastyczny moment kiedy to z całej duszy pragniecie wydrukować bardzo ważny dokument i klikacie DRUKUJ? no jasne... I drukarka zaczyna drukować, zapełniać białe kartki równym rządkiem czarnych literek a wy wsłuchujecie się w jej równomierny takt? I to jest miłe. A przełomowym punktem jest chwila w której to drukarka przestaje pracować i zaczyna świecić się lampeczka.. A dlaczego? bo skończył się papier do drukarki.. Wtedy otwieram trzecią szufladę i wyjmuję plik kartek, wkładam do drukarki, wciskam OK i spokojnie siadam na krześle. Tymczasem ostatnio scenariusz uległ zmianie.. Musiałam wydrukować coś pilnego na następny poranek i powtórzył się scenariusz opisany wyżej. Tyle, że nie było happy endu. Okazało się, że w trzeciej szufladzie nastała  p u s t k a. Nie było tam więcej kartek.. Pozostało jedynie papierowe puste opakowanie. A prawda jest taka, że o 23.00 ciężko jest zorganizować czyste białe kartki. Zaczęłam szperać w różnych teczkach i cudem wyczarowałam jeszcze 4 wolne kartki. Po czym sprawa ucichła. Mijał dzień za dniem.. A drukarka stała sobie pusta, opuszczona, bez życia.. bo bez kartek... Codziennie chcąc coś wydrukować myślałam sobie: "muszę kupić kartki, muszę kupić kartki" i tak przez kilka dni. Koniec końców, dziś w poniedziałek, w pierwszy pracowity dzień tygodnia postanowiłam postawić sobie za punkt honoru kupienie całej ryzy kartek.
Załatwiając różne sprawy po drodze wstąpiłam do supermarketu. Godzina spokojna, nawet nie było specjalnego ruchu w sklepie. Poszłam prosto na dział papierniczy wybrałam ryzę papieru i udałam się do kasy ekspresowej. Ekspresowej czyli przeznaczonej dla osób kupujących poniżej 5 produktów. Ekspresowa to ona była tylko z nazwy. Po 10 minutach czekania (specjalnie się nie spieszyłam, a kolejka była krótka) wreszcie się zirytowałam na kasjerkę, która non stop wydzwaniała gdzieś po pomoc, bo nie umiała sobie poradzić z kasą i z obsługą klientów. Podjęłam więc szybką decyzję o zmianie kolejki, bo zaczęło mi się spieszyć. Kupienie papieru miało być szybką i sprawną akcją, a tutaj nagle sprawy zaczęły się komplikować. Stanęłam więc w takiej normalnej kolejce. Przede mną stał chłopak - z wyglądu poczciwy student z mega zakupami jak na studenta.. pewnie dostał jakąś wypłatę czy stypendium, tak sobie rozmyślałam. Z wózka wyciągał na taśmę papier toaletowy, środki czystości, piankę do golenia, konserwy, słodycze, plastikowe wiaderko i jeszcze inne rzeczy tego typu. Kiedy podeszłam do tej kolejki jego rzeczy były już naliczane na kasę. A przede mną była jeszcze dziewczyna mająca tylko dwie drobne rzeczy do kupienia: rajstopy i zmywacz do paznokci. Dwie konkretne rzeczy i kropka. Więc pomyślałam sobie: już 2 minuty dzielą mnie od zakończenia zakupów. Wyjęłam jeszcze z lodówki półlitrową zimną coca-colę, bo od tego wszystkiego to już mi się zaczęło robić gorąco i położyłam na taśmie obok ryzy papieru. Kiedy kasjerka skończyła naliczanie ponad metrowych zakupów studenta wypowiedziała sumę do zapłacenia, czyli prawie 200pln. Chłopczę poinformowało, że zapłaci kartą. Okej. I wyjęło kartę. Po czym podało ją kasjerce.
A ona na to: "Proszę Pana nie mogę przyjąć tej karty, bo Pan nie jest jej właścicielem. Należy do kobiety." [a ja w myślach: ojacieee znowu kłopoty w tym sklepie...].
Chłopczę-studencina: "Proszę Pani to karta mojej dziewczyny. Niech Pani zrobi wyjątek.. Bardzo Panią Proszę..."
Kasjerka: "A karta jest na PIN czy podpis?"
Chłopczę-studencina: "Na podpis.."
Kasjerka:  "To tym bardziej nie mogę jej przyjąć"
Chłopczę-studencina: "Ojoj.... To nic ja zapłacę swoją"

Cały czas spoglądałam na dziewczynę przede mną a ona na mnie, i wymieniałyśmy się porozumiewawczymi spojrzeniami. Ale żenada... Żałosne... Ja bym temu kolesiowi zatrzymała kartę i wezwała ochronę. Marny egzemplarz z tego gościa. Ciekawa tylko jestem czy jego rzekoma dziewczyna wiedziała, że pożyczył sobie jej kartę na podpis... Hm, hmmmm.... Wreszcie ślamazarnie zapłacił swoją kartą, włożył rzeczy do wózka i przystanął kilka kroków dalej żeby włożyć kurtkę i starannie udrapować szaliczek. A tak serio to założę się, że chciał wiedzieć czy będziemy to komentować. Ja i tak kiedy on odszedł od kasy to powiedziałam tej dziewczynie: "bez komentarza...." :P

Na laserowy czytnik wjechały z taśmy rajstopy i zmywacz do paznokci. Szybka akcja, finally! po tych kilku minutach czekania. I nareszcie nadeszła: MOJA KOLEJ.. jakie to cudowne.. czekać 20minut tylko po to żeby kupić ryzę papieru i 0,5l coca-colę..

Kasjerka wczytała ryzę papieru.. ERROR.. zły kod... {okejj....} i wpisała go ręcznie. Cena okazała się o 3 złote niższa niż wskazywała na to cena zamieszczona na półce.. {jeszcze lepiej w takim razie}. Następnie wzięła do ręki małą butelkę z czerwoną etykietką i czarnym gazowanym płynem w środku i przyłożyła do czytnika i... w TYM momencie rozległo się krótkie "biiiippppppp!". Kasjerka rozejrzała się i jeszcze raz spróbowała zeskanować colę..
Na co ja jej powiedziałam: "Proszę Pani skończył się papier w kasie".
Ona na to: "Och faktycznie dziękuję, już zmieniam"
W myślach liczyłam upływające sekundy...
Zmieniła rolkę i wcisnęła OK. Ale nie.. kasa nie podjęła współpracy... Brak papieru, brak papieru.. Widocznie nie tylko moja drukarka lubi papier w dużych ilościach.. Jeszcze raz OK, OK, OK. Nie działa... Hmm... A za nami koooooleeeeeejkaaaa....... Dziewczyna chwyciła za słuchawkę i wykręciła numer.. Na co ja wzięłam butelkę, odkręciłam ją i się napiłam.. Trzeba uzbroić się w cierpliwość... Jakieś 2 minutki pózniej przyszła doświadczona koleżanka, przeszła pod drucianą półką z batonikami i cukierkami, po czym zajęła się kasą. Wyjęła rolkę i jeszcze raz ją włożyła, po czym upewniła się, że wszystko z nią gra. Po czym zajrzała do przegródki w której była rolka z kopią paragonów.. i wymieniła ją na nową..!! no tak... pięknie.. Wcisnęła OK i nareszcie wszystko grało. Młoda kasjerka jeszcze raz zeskanowała colę i papier. I koniec! ale cud... tyle czasu i energii, żeby kupić pakiet 500 białych klasycznych kartek A4 żebym miała czym karmić drukarkę...

Dojechałam do domu autobusem, zmęczona zajęciami na studiach, załatwianiem szeregu spraw, głodna, z ciężkimi kartkami.

Weszłam do mieszkania: a moja Mama widząc mnie powiedziała: "O widzę, że też kupiłaś papier" Ja na to: "Jak to?" A Mama na to: "Już dziś Maciek kupił"....

Widocznie większość lubi w poniedziałki załatwiać zaległe sprawy... :) a i drukarka będzia miała co jeść przez dłuższy okres czasu..


Miłego tygodnia:)

środa, 4 listopada 2009

jesiennie...




Nastał jedenasty miesiąc anno domini 2009. Listopad.
Miesiąc rozpoczynający się od dwóch ważnych dni. Pierwszego i drugiego listopada. Dni, kiedy niepostrzeżenie i nagle zatrzymuje się czas. Zatrzymuje się nad grobami bliskich. Patrząc na chłodne granitowe płyty na których wyryte są drogie imiona i nazwiska falami powracają wspomnienia pełne ciepła. Z upływem czasu niektóre wspomnienia stają się mgliste, ale nic nie jest w stanie powstrzymać wewnętrznej fali wzruszenia. Wspomina się te dobre dni, uśmiechy, drobne gesty i nawyki. Ulubione słowa, potrawy, wspólnie spędzony czas. Myślę, że te dwa dni listopadowe są w pewnym sensie dniami radosnymi. Z jednej strony owszem można odczuwać żal, że tych osób nie ma wśród nas na ziemi. A z drugiej można się cieszyć, że dane nam było obcować z takimi cudownymi ludźmi.  Można się cieszyć z tego, że teraz na pewno przebywają w Niebie, i z Nieba nam orędują.
Szczególnie poruszają mnie zawsze malutkie groby dziecięce. Groby małych aniołków, dzieci, które żyły bardzo krótko lub którym nie dane było narodzić się żywymi. Jest to taka niezwykła boska tajemnica...
W tym roku cmentarze były przyozdobione baldachimami żółtych jesiennych liści. Na grobach płonęły niezliczone liczby szklanych zniczy w rozmaitych kolorach: od ciepłych pomarańczy i czerwieni po stonowane zielenie i błękity. Jak zwykle dumnie pyszniły się piękne klomby chryzantem. W tym całym bogactwie poruszało się wiele osób. Myślę, że są to jedyne dni w roku kiedy na cmentarzu liczba osób żyjących przewyższa liczbę osób, które już umarły. Jest to niesamowite. I chodząc od grobu do grobu spotyka się po drodze znajomych. Żywych wśród umarłych. 

Tymczasem robi się coraz chłodniej. Wczoraj wiał przeszywający lodowaty wiatr, który spowodował, że nawet najbardziej oporne osoby włożyły cieplejsze ubrania. Dzisiaj rano idąc do pracy ze zdumieniem spostrzegłam, że z wielu drzew spadły przez noc setki liści. Zrobiło się nagle tak pusto...
Na stole stoi miseczka ze złotym płynnym miodem i  kruchymi orzechami włoskimi. Taki puchatkowy przysmak, żeby zrobiło się słodziej na duszy. Nastaje taka pogoda, która sprzyja siedzeniu w domu. Tymczasem moja agenda jest szczelnie wypełniona. Praca, spotkania, zajęcia, wyjazdy.. Jesień zapowiada się ciekawie...




 

 

 

czwartek, 29 października 2009

la mode par montissima





Moje trzy kompozycje.

Mes trois compostions.

wtorek, 27 października 2009

chemia jest poezją




Czekając dzisiaj na zajęcia skusiłam się żeby pójść do sklepiku i kupić coś słodkiego.. po intesywnym chodzeniu po górach muszę nadrobić spalone kalorie.. Kupiłam pierwsze lepsze ciasteczko, które wpadło mi w oko. Biszkopt z nadzieniem czekoladowym, w czekoladowej polewie. Filozofia żadna, cena minimalna. Smak poprawny, ale bez rewelacji. Mając jeszcze kilka wolnych chwil skupiłam się na czytaniu składu owego produktu. A zaskoczyło mnie ono niezmiernie:

"Ciasteczko z nadzieniem kakaowym w polewie czekoladowej" --->> tutaj jeszcze wszystko gra... dalej zaczyna się poetyczna chemia..

"Składniki: polewa czekoladowa 22% (cukier, częściowo utwardzane oleje roślinne, niskotłuszczowe kakao, odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku, emulgator (lecytyna sojowa), aromat waniliowy), nadzienie kakaowe 22% (częściowo utwardzone oleje roślinne, cukier, syrop kukurydziany, woda, niskotłuszczowe kakao 6%, substancja pochłaniająca wilgoć (gliceryna), odtłuszczone mleko w proszku, alkohol etylowy, emulgator (lecytyna sojowa), aromat waniliowy), mąka pszenna, cukier inwertowany w syropie, jajka, cukier, syrop kukurydziany, substancja pochłaniająca wilgoć (sorbitol i gliceryna), olej bawełniany, dekoracja (cukier, częściowo utwardzone oleje roślinne, odtłuszczone mleko w proszku, serwatka w proszku, niskotłuszczowe kakao, emulgator (lecytyna sojowa), aromat waniliowy, emulgatory (mono- i diglicerydy kwasów tłuszczowych, estry propano-1,2-diolu z kwasami tłuszczowymi, sole sodowe kwasów tłuszczowych, lecytyna sojowa), substancje spulchniające (pirofosforan dwusodowy, dwuwęglan sodu, dwuwęglan amonu), alkohol etylowy, aromat waniliowy, sól, regulator kwasowości (kwas cytrynowy), środek konserwujący (sorbinian potasu 0,2%).

i krótka adnotacja na deser: przechowywać w suchym i chłodnym miejscu.

Powiem krótko: byłam w szoku. Takie maleństwo a tak naszpikowane chemią, że ojoj. Temu cake barowi już podziękuję..
A z drugiej strony jakże intrygujący jest opis tych składników.. Szkoda, że nigdy nie miałam głowy do chemii, na pewno teraz lepiej zrozumiałabym wytłuszczone terminy.

niedziela, 25 października 2009

memu sercu bliski Beskid Niski

foto-relacja z krótkiego ale jakże intensywnego pobytu w górach.. około 50km pokonanych, kilka szczytów zdobytych.. efekt: zahartowanie i dogłębne odświeżenie organizmu po lecie w mieście..

a klimaty zamglone i bajeczne...






 

 

 


 

 

 




 

 

 




czwartek, 15 października 2009

Julie & Julia





  Rozpływam się... Dopiero co wróciłam z kina i postanowiłam na świeżo podzielić się wrażeniami z obejrzanego filmu. Lubię chodzić do kina na nietuzinkowe filmy.. i do tego gatunku z pewnością sklasyfikuję "Julia & Julie". Cudowną opowieść o dwóch kobietach. Opowieść opartą na dwóch autentycznych historiach. Julia Child napisała wiele książek kucharskich oraz poprowadziła mnóstwo programów kulinarnych w telewizji. Z kolei Julie Powell jest pisarką i autorką książki na której to podstawie został zrealizowany film. I w tej właśnie książce opisała swoją własną historię, czyli to jak pewnego dnia zauroczyła się Julią Child.

Pierwsza Julia, często zmienia kraje zamieszkania ze względu na swojego męża który pracuje w dyplomacji. Jej historia rozpoczyna się w Paryżu w latach 50 (ochh co za cudne klimaty) gdzie jej mąż obejmuje posadę. Po wielu poszukiwaniach swojego miejsca w życiu Julia zaczyna gotować zachwycona kuchnią francuską. Jest szalona, otwarta i niesamowicie pozytywna. Po wielu trudach i latach udaje jej się wydać niesamowitą książkę kucharską z przepisami kuchni francuskiej dla Amerykanek.
Druga kobieta to 30-letnia Julie. Jej perypetie toczą się po 2001 roku w Stanach Zjednoczonych. Pełni nużącą funkcję sekretarki w urzędzie, która codziennie musi odbierać setki telefonów. Z pracy przychodzi zmęczona, sfrustrowana i niekoniecznie zadowolona z faktu, że mieszka wraz z mężem w skromnym mieszkanku nad pizzerią. Żeby wprowadzić jakąś nowość do swojego monotonnego życia postanawia wypróbować wszystkie przepisy z książki kucharskiej Julii Child.  Na osiągnięcie celu wyznacza sobie 365 dni. Dodatkowo mąż namawia ją żeby założyła blog.

Film pokazuje niezwykłe zmagania kobiet ze sztuką gotowania. Strach przed homarem (Julie), upór w szatkowaniu cebuli (Julia), radość z przepysznych potraw, którymi dzielą się z najbliższymi. I nie chodzi tutaj o te pozornie łatwe czy trudne kuchenne czynności, ale o to, że te kobiety walczą. Dążą do perfekcji jednocześnie czerpiąc radość z tego co robią. I prawdziwe są tutaj też słowa z innego filmu który uwielbiam "Into the Wild" --> "happiness is only real when shared": szczęście jest prawdziwe tylko wtedy kiedy się nim dzielimy.
A najpiękniejsze w tym filmie jest to, że zarówno Julia jak i  Julie są wspierane przez kochających je mężów. Te dwie historie, które się wzajemnie w jakiś sposób przeplatają są intrygujące w swojej prostocie. To jest chyba najnormalniejszy film jaki ostatnio oglądałam. Nie ma tam mowy o zazdrości, zdradzie, braku szacunku. Jest za to dialog między małżonkami i wzajemne zrozumienie. Jest szlifowanie charakterów  jak i szczęście z przeznaczenia, które kiedyś ich połączyło.
Jest także zauważalne cierpienie Julii z powodu braku potomstwa. A co najważniejsze to Paul, jej mąż nie ucieka od problemu. Jest tego świadomy i kocha ją tak samo czule.
Julie natomiast szuka akceptacji w swoim środowisku. I receptą na to jak jej się początkowo wydawało nie jest wykonanie setek przepisów pani Child w rok, ale głębsze odkrycie relacji ze swoim mężem.
Film jest cudowny... Nie ma w nim blichtru amerykańskiego hollywoodu. Jest za to radość, uśmiech, zmaganie się. Prostota i umiar. W rolach głównych genialna Meryl Streep i Amy Adams. Ich filmowi mężowie to Stanley Tucci oraz Dave Annable. Jeśli nie chcecie zmarnować wieczoru w kinie, to szczerze Wam polecam J&J..


A na deser podzielę się z wami czymś wyjątkowym.. odnalazłam autentyczny blog Julii Powell.. blog, który jest pokazany w filmie.. tak samo oszczędny w grafice, tak samo ujmujący.. kliknij!


---
a na zdjęciu wyżej prawdziwa Julia Child
zródło: http://audaciousink.files.wordpress.com/2009/07/julia-child-with-rolling-pins.jpg


wtorek, 13 października 2009

Pe.eL.




 Wieczorem przez kwadrans zatrzymałam się na kanale tvn24. Cóż ciekawie ma się świat polityczny... och i ach.. wystarczy lekko dmuchnąć a domek z kart sypie się jak po tsunami. Coś mi się tak wydaje, że jeśli tak dalej pójdzie to kiepsko to będzie w Pe.eL. Cóż spójrzmy prawdzie w oczy.. Jest październik: a tymczasem NFZetowskie limity pieniężne przeznaczone na leczenie w wielu placówkach już się wyczerpały. Afery sypią się jak z rękawa: hazardowa, stoczniowa a teraz jest jeszcze nowa na świeczniku: finansowa... Od obywateli wymaga się uczciwości: płacenia podatków, terminowego rozliczania się z urzędem skarbowym itp, itd. A tymczasem góra przykładem nie świeci. Efektów wyborczych obietnic nie widać.  A szkoda.
Ciągnąc dalej moją polityczną analizę jak już wcześniej wspomniałam jest 10ty miesiąc roku. W dodatku jeszcze zrobiło się szaro, deszczowo, a w Tatrach nawet śniegowo. Mimo, że według danych kryzys nam się nie udał, to rzeczy niezbędne do codziennego życia bawią się z cenami w grę pt.: "kto pierwszy wyleci w kosmos". Wprost cudownie. Cała ta sytuacja może powodować frustrację. Tak się zastanawiałam: szykujemy się do EURO2012, więc jak możemy sobie pozwalać na takie wahania polityczne i zmiany ministrów. Taką rzeczywistością nie budujemy zaufania u naszych europejskich sąsiadów. I takie wahania nie  zachęcają do współpracy z naszym krajem. Dziś poszukuje się stabilności i pewnego gruntu. Owszem trwa światowy kryzys, ale właśnie dzięki kryzysowi można sprawdzić jakość rządzących polityków.  Więc w całym tym kontekście myślę, że mieszkańców Polski powoli zacznie drażnić ta cała sytuacja.. Zresztą sondaże wykazują już spadek poparcia dla partii rządzącej. Czy dojdzie do przedwczesnych wyborów?

Chciałabym mieszkać w Polsce uczciwej, dążącej do solidarności, jedności. W kraju, który zauważa potrzebujących. Gdzie prawo jest inteligentne i elastyczne. Gdzie można śmiało inwestować i nie bać się o jutro. Bo jest prawdą, że młodzież polska jest dziś bardzo dobrze wykształcona i otwarta na świat. Więc dlaczego moi znajomi dalej wyjeżdżają za granicę żeby tam mieszkać i pracować, bo po dłuuugich studiach z tytułem mgr i bogatym CV nie mogą znaleźć godnej pracy?? Czy ja też podzielę ich los... Nie wiem.. Wiem, że chciałabym, żeby w moim kraju zaszły pozytywne zmiany. Może czas wymienić polityczne kadry? Trochę odświeżyć image naszego rządu? A może wprowadzić na salony  młodych polityków wykształconych w stolicach europejskiej polityki?

Czas pokaże...

piątek, 9 października 2009

na urodzinach u M.




Cóż za piękny mężczyzna na fotografii tej..
a nie ujął mnie aparycją swą,
lecz tkliwą duszą, 
która rzekę słów 
zamieniła 
w deszcz wysublimowanych nut.. 

W dzisiejszy piątkowy wieczór ubrana w satynową koszulę z żabotem w przepięknym łagodnym liliowym kolorze, w czarnej spódnicy do kolan i pantofelkach na obcasie, z perłowymi kolczykami i jedwabną apaszką na szyi, udałam się na urodziny do przystojnego pana ze zdjęcia wyżej. Tak dostojnie ubrana, elegancka i szykowna zasiadłam w jednym z pierwszych rzędów foteli w filharmonii, automatycznie wyłączając telefon komórkowy. A muszę przyznać, że nigdy nie wyłączam komórki. Najwyżej ściszam. Jednak rocznica urodzin pana M. wydała mi się szczególnie ważna.
Zgromadziło się mnóstwo gości przyodzianych najpiękniej jak tylko umieli. Na sali unosiła się delikatna kobieca woń perfum. Panowie mieli pięknie skrojone garnitury, a panie zadbały o wyjściowe fryzury i makijaże. Uczta urodzinowa rozpoczęła się punktualnie. Pierwsze danie było wyśmienite. Pod wybitną dyrygenturą Dorona Salomona zagrała bardzo utalentowana światowej sławy wiolonczelistka Kerstin Feltz wraz z orkiestrą filharmonii II Koncert wiolonczelowy Dymitra Szostakowicza. Kerstin nawiązuje znakomity kontakt ze swoim XVIII wiecznym instrumentem. Umie się w niego słuchać i gra na nim w taki sposób iż wydaje się on dialogiem dwóch bliskich sobie osób.
W drugiej części uroczystej urodzinowej kolacji orkiestra filharmonii zagrała prawdziwy muzyczny majstersztyk: V Symfonię „Reformacyjną” D–dur op. 107 naszego solenizanta: Felixa Mendelssohna-Bartholdy dla uczczenia jego 200-setnej rocznicy urodzin. Czas spędzony na tym koncercie był dla mnie chwilą wytchnienia i odpoczynku. Skąpana w subtelnych dźwiękach instrumentów smyczkowych i dętych mogłam wypocząć. Nie przypominam sobie takiej chwili w ciągu ostatnich 5 miesięcy kiedy mogłam przez prawie dwie godziny spokojnie siedzieć w fotelu i wyciszyć się. I nie musieć nic robić. Cudowne chwile. Muzyka klasyczna jest niezwykle kojąca. Słusznie ktoś kiedyś powiedział, że muzyka łagodzi obyczaje..

Felix Mendelssohn-Bartholdy (1809-1847) jest dziś powszechnie kojarzony z "Marszem weselnym" pochodzącym z uwertury koncertowej Snu nocy letniej.  Jest cenionym niemieckim kompozytorem, który żył w epoce romantyzmu. Skomponował 11 symfonii,  5 oper i wiele innych utworów na pianino. Zachęcam Was.. korzystajcie z jesiennych wieczorów i zanużcie się w ocean muzyki klasycznej, tak pięknej i tkliwej a tak często odkładanej na bok... 
Urodzinowa muzyczna uczta pozwoliła przenieść się 200 lat wstecz do chwili, kiedy to 3 lutego 1809 roku Lei i Abrahamowi urodził się maleńki Felix.. i do pewnego lutniczego atelier gdzie lutnik pochylił się w pocie czoła wykańczając wiolonczelę.. Wiolonczelę dziś należącą do Kerstin.

niedziela, 4 października 2009

wełniane klimaty..





Na białym talerzyku leży kolorystycznie kontrastowy wielki kawałek czekoladowego ciacha. W kubku herbata. Na zewnątrz jest 12 stopni i od czasu do czasu pada deszcz. Deszcz, który oczyszcza powietrze i sprawia, że łatwiej się oddycha. Nadszedł więc czas na zamszowe botki, skórzane kozaki, czapki, szaliki, rękawiczki, płaszcze, kurtki, jesionki, bolerka, sweterki i wielkie grube swetry. I zrobię Wam dziś krótki spis materiałów które możecie odczytać na  metkach jesienno-zimowych kreacji. Wbrew pozorom egzotycznie  brzmiące nazwy należą do 100% naturalnych przyziemnych istot.

1. Angora




Jest to wełna z królików angorskich. Śliczne prawda?? :) Dzięki budowie włókien jest szczególnie ciepła i lśniąca. Przy produkcji jest często mieszana z włóknami syntetycznymi lub z wełną owczą.


2. Alpaka



Alpaka jest wełną pochodzącej od południowoamerykańskiej lamy. Jest bardzo miękka, ciepła, połyskliwa i delikatna.

3. Kaszmir


A oto i koza kaszmirska! :)  Kozy te żyją w Himalajach na wysokości około 5000m. Ich wełna charakteryzuje się niezwykłą puchową delikatnością i miękkością. Przy czym jest bardzo luksusową wełną. Kozy kaszmirskie są pozbawione raz na rok swojej wełny. I ta wełna waży wtedy około 100g. A teraz wyobraźcie sobie, że aby stworzyć jeden sweterek potrzebna jest wełna pochodząca od 4 do 6 kóz. Dlatego to często kaszmir jest tylko jednym ze składników naszego sweterka.

4. Moher



Moher! ach ile to jedno słowo, tę pięć liter wzbudza emocji i skojarzeń w naszym pięknym kraju! a jeszcze wyrażenie "moherowy beret" to już w ogóle :)
A teraz skupcie się! Moher jest wełną kóz angorskich żyjącymi w RPA, Teksasie , Australii i Turcji-> nie pomylcie tych kóz z królikami angorskimi :) Moher jest bardzo wytrzymałą wełną pozyskiwaną z sierści kóz angorskich. Ta sierść gwarantuje, że wyprodukowane z niej materiały będą trwałe i będą gwarancją najwyższej jakości.

Do grona wełnianych klimatów możemy oczywiście zaliczyć dodatkowo wełnę owczą tak bardzo popularną, oraz trochę rzadszą wełnę wielbłądzią. A teraz pytanie dzisiejszego tematu: jak pozyskuje się wełnę z wyżej wymienionych zwierząt? Nie martwcie się, nic złego się im nie dzieje. Zwierzęta są strzyżone ręcznie bądź elektrycznymi postrzygarkami. W ten sposób otrzymuje się spójne runo. Następnie owo runo jest sortowane i prane. Wyroby z wełny czyli np. czapki, szale, swetry, poncza, skarpetki, rękawiczki i płaszcze są dlatego dobre na chłodne dni ponieważ wełna doskonale izoluje ciepło.

A na deser powiem wam jeszcze, że "Woolmark" jest międzynarodowym certyfikatem, który potwierdza najwyższą jakość wyrobów oraz fakt iż dana wełna jest bezpieczna dla zdrowia.

Życzę miłego tygodnia kończąc pisanie tej notki w szarym swetrze o następującym składzie: 52% wełny, 20% wiskozy, 10% angory, 10% lycry i 8% kaszmiru. 


Noście wełnę!! :)) WOOL c'est COOL :D






Skąd wzięły się te zdjęcia:
-zdjęcie 1: http://3.bp.blogspot.com/_qP-1yjY3IyM/Rv_L9AsdnXI/AAAAAAAAATs/kfWalwrNrYE/s400/angora-rabbit.jpg
- zdjęcie 3: http://www.durhamtownship.com/portfolio/archives/pix/March2007.jpg

- zdjęcia z logo woolmark pochodzą ze strony http://www.woolmark.com/

wtorek, 29 września 2009

kumulacja 40.000.000 zł





[Malutki kiosk w centrum miasta, godzina popołudniowa]

Szereg cyfr i cyferek.. chwila skupienia, wprawna kobieca dłoń ze srebrną bransoletką na przegubie i z równo obciętymi paznokciami  pomalowanymi na kolor pudrowego różu, malutkim jasnożółtym ołóweczkiem z charakterystycznym niebieskim logo, zakreśla liczby na kartce z dużą ilością czerwonych krateczek.. Liczby, które być może tym razem okażą się przepustką do zdobycia fortuny. Liczby, które zmienią jej życie w jednej chwili o 180 stopni otwierając magiczny sezam pełen plików banknotów. Rząd numerów dzięki któremu spłaci długi, wykupi mieszkanie, wyśle córkę na dodatkowy kurs językowy zagranicę,  pojedzie z mężem na weekend i sprawi całej rodzinie mnóstwo prezentów opakowanych w piękne pudełka przyozdobione wielkimi satynowymi kokardami. Oczywiście zakreśla krateczki bez wahania.. nad tymi liczbami zastanawiała się przez cały poranek w pracy.. każda liczba jest dla niej symboliczna i nawiązuje do ważnych momentów.. dzień ślubu, dzień narodzin córki, numer ulubionego koloru szminki... "Wie Pani co? ja nigdy w tę grę nie grałam.. Poproszę kupon za dwa złote, może akurat szczęście uśmiechnie się dziś do mnie?"

W kolejce przede mną stoi jeszcze jedna pani. "Sześć chybił-trafił poproszę, i niech Pani dobrze klawisze wciśnie, to może będę miała bardziej 'trafił' niż 'chybił' haha... Aha! i do tego dorzuci pani L&M-y i najtańszą zapalniczkę. I to będzie już wszystko, kochaniutka.." Ta to dopiero jest zdecydowana. Ekspresowa decyzja, ekspresowo wydrukowany kupon. Nie wiem, czy ta pani wiedziała, ale szansa wygranej równała się 1: 14 000 000. Próbować zawsze można.

A prawda jest taka, że ta niesamowita kombinacja cyfr jest niestety statystycznie niezwykle trudna do odkrycia. Więc po co grać? otóż w człowieku od jego stworzenia drzemie chęć stania się szczęśliwym, za wszelką cenę. No może nie za wszelką.. Dziś równa się ona dwóm złotym, wkrótce wzrośnie do trzech.  I  jednym ze sposobów stania się szczęśliwym jest kupienie go za pieniądze. A duże pieniądze wygrane w totka mogą faktycznie być pomocne.
Przyznam się, że też wypełniłam kupon :D szczerze powiedziawszy ulegając ogólnemu społecznemu poruszeniu. Ale nie wypełniłam go popołudniu tylko dopiero wieczorem. I zrezygnowałam z wszelkich symbolicznych cyfr. Zakreśliłam liczby, które przyszły mi spontanicznie na myśl. Poprawne okazały się tylko dwie: 14 i 48 :P i w tym moje szczęście, że nic nie wygrałam. Po prostu nie nadaję się do tego. A i moje życie może się toczyć dalej normalnym tokiem drobnych lub milowych kroków, przezwyciężaniem kolejnych problemów, pokonywaniem coraz wyższych szczebli, szlifowaniem swoich umiejętności. I przytoczę Wam teraz piękny cytat Fontenelle: "Un grand obstacle au bonheur, c'est de s'attendre à un trop grand bonheur" ["Discours au bonheur" 1724] --> Wielką przeszkodą dla szczęścia jest oczekiwanie na za duże szczęście... Więc po co mi miliony?


post scriptum: Jeśli jutro zobaczę jakieś baloniki na kolekturze w której zagrały owe Panie to Was o tym poinformuję :)

niedziela, 27 września 2009

Are you from texas land?





Właśnie słucham mojego ukochanego Café del Mar. Uwielbiam szczególnie 3 płyty Aria oraz 2 płyty Classic. Nie wiem czy wiecie ale Café del Mar jest po prostu barem w San Antonio na Ibizie. Nigdy tam nie byłam, ale wyprawa na Ibizę znajduje się w sferze  moich bardziej odległych planów podróżniczych. Wszystkie składanki utworów które znajdują się na  płytach Café del Mar zostały wybrane tak, aby oglądany zachód słońca przepełniony był emocjami, romantyką i uczuciem. Café del Mar to w końcu "bar zachodzącego słońca".  Jeśli uda mi się wyszukać jeden z moich ulubionych utworów to dodam go do mojej muzycznej puderniczki, tak żebyście mogli pudrować nią cenne minuty. Nie wiem czy lubicie tego typu muzykę, a zwłaszcza jeszcze ten utwór który pochodzi z płyty Aria vol. I. Ja jestem otwarta na nowe muzyczne propozycje i uwielbiam melodyjne eksperymenty.. może dlatego, że od 15 jestem związana ze skrzypcami...

Pracując w eksluzywnym butiku natknęłam się ostatnio na klientkę pragnącą dostać żakiet z... i tu uwaga, uwaga!.. z teksasu! :D Koniec końców z klientką się dogadałam, ale temat teksasu ciągle mnie ciekawił. W domu wyszukałam w internecie odpowiednie hasło i dostałam olśnienia! no tak.. przecież teksas w latach PRL-u oznaczał polski jeans! Przemierzając przez stronice rozmaitych internetowych informacji, po nitce do kłębka odkryłam fantastyczną książkę.. :) "Teksas-land - Moda młodzieżowa w PRL" Anny Pelki.. bez zastanowienia zamówiłam ją. Dzisiejszego popołudnia odebrałam ją z empiku i cóż... zapowiada się genialnie!! Czeka na mnie prawdziwa czytelnicza uczta: 260 stron wzbogaconych zdjęciami opartych na szerokiej bibliografii. Nie wiem dlaczego wcześniej nie odkryłam tej książki..! Ale jestem wdzięczna owej kobiecie, która skierowała mnie na tak interesujące tory poszukiwawcze wymawiając tylko jedno słowo: teksas..:) Tym samym mój modowy księgozbiór powiększył się o kolejną ciekawą pozycję.. wkróce być może zamieszczę recenzję...

Niedzielnie pozdrawiam!

czwartek, 24 września 2009

a detail



Czekoladowe gwiazdki.. malutkie.. dopiero kiedy otworzyłam drugą paczuszkę, to zorientowałam się, że na każdej jest jakaś buźka, mniej lub bardziej zadowolona.. I całe szczęście, że miałam drugą paczkę, bo inaczej ten ciekawy detal umknąłby mojej uwadze... Ojoj.. ile w ogóle codziennie umyka nam szczegółów.. szczegółów, które sprawiają, że się mimo woli uśmiechamy.. A na co Wy zwróciliście dziś uwagę? hmm?... Na pewno zwrócicie uwagę na to, że dzisiejsza notka będzie najkrótsza w historii tego bloga.. :P następnym razem może się rozpiszę... bonne nuit!

wtorek, 22 września 2009

bajka...



Opowiem Wam dziś bajkę, którą zaraz na poczekaniu wymyślę.. I nie będzie się ona zaczynała od słów.. "za górami, za lasami" lub "dawno, dawno temu..." ... Zacznie się od słów znalezionych pod kapslem multiwitaminowego soku z magnezem, jak twierdzi producent:P To będzie taki swoisty eksperyment literacki idąc za przykładem francuskich surrealistów, którzy praktykowali écriture automatique czyli zapis automatyczny. Polegało to na tworzeniu całkiem przypadkowych zdań... tak potocznie mówiąc chodzi o pisanie tego co akurat przyjdzie na myśl.. Dodam jeszcze, że surrealiści, aby osiągnąć lepsze wyniki odurzali się alkoholem lub opium. Ja w tym ich naśladować nie będę:P wystarczy, że jestem zmęczona i napiłam się tego cudotwórczego soku :D hehe.. a więc do dzieła! :)

"Co by było gdyby Małgorzata Musierowicz nie napisała całej serii "Jeżycjady"? na pewno nie mogłabym dziś pokazać żonie mojego brata ciotecznego mojej kolekcji tych książek i autografu autorki w "Żabie". I z pewnością nie mogłabym jej wtedy powiedzieć, że brakuje mi jeszcze kilku tomów. A nawiązując do całej mojej serii z poszczególnymi książkami nie łączyłyby mnie dziś wspomnienia. "Córka Robrojka" nie kojarzyłaby mi się z kumpelą z Krakowa Ewą, życzeniami od niej  i jej ślicznymi rysunkami. "Imieniny" nie przypominałyby mi o tym, że pożyczyłam kiedyś tę książkę od znajomej i do dnia dzisiejszego jej nie oddałam, może dlatego, że dzielą nas tysiące kilometrów? no mniejsza z tym, fakt, faktem nie oddałam jej tej książki.. Gdyby nie "Sprężyna" na pewno gorzej zapamiętałabym podróż do Grenoble, kiedy to zaczytywałam się w znanym, ciepłym stylu pisania i kiedy to czekałam aż Chucho odbierze mnie z dworca. Oczywiście gdyby nie "Pulpecja" to nigdy bym się zapewnie nie zetknęła z tą sagą rodzinną. "Pulpecję" dostałam w 1998 za pozytywne wyniki w nauce i oczywiście tego samego dnia ją całą przeczytałam :) i kolejna nagroda z 1999 "Kłamczucha" z dedykacją "za bardzo dobre wyniki w nauce i zamiłowanie do literatury polskiej" na zawsze będą mi przypominały o czerwcowym pięknym dniu. Gdyby nie "Całuski pani Darling" to nigdy nie poznałabym sekretu pieczenia "całusków", moich słynnych francuskich "bisous", które czarowały erasmusów. I gdyby nie to, że pod kapslem znalazłam dziś hasło "co by było gdyby" to byście się o tym nie dowiedzieli... a tak to się dowiedzieliście i będziecie żyć długo i szczęśliwe jak przystało w prawdziwej bajce. :)"






sobota, 19 września 2009

Paris





Wracając wczoraj z pracy ujrzałam cudowny widok... który od razu przypomniał mi paryską bazylikę Sacré-Cœur... Zmartwiona tym, że chyba nie zabrałam aparatu fotograficznego szybko przeszukałam torebkę.. Ku mojej wielkiej radości odnalazłam mój maleńki pomarańczowy sprzęt. I pstryknęłam kilka zdjęć! :) Efekt mnie zaskoczył... po prostu prawie ta bazylika!:P Wiem, że prawie robi różnicę..

..tak wygląda Sacré-Cœur w rzeczywistości..




A skoro jesteśmy już przy paryskim temacie to zabiorę Was tak już weekendowo na krótkie foto-tournée po Paryżu... :)


paryskie metro



charakterystyczna szklana piramida - symbol Luwru, zwróćcie uwagę na małą dziewczynkę brodzącą w wodach fontanny :)

 


bardzo stylowy zegar w  Musée d'Orsay



czy tam nie jest PIĘKNIE??? :)




plaża nad Sekwaną



a na deser proponuję wam coś pysznego..! i baaardzo francuskiego! :) ślimaki w sosie maślano-ziołowym. Jak je się je? Trzeba po prostu przytrzymać skorupkę za pomocą specjalnych szczypiec a następnie wyjąć ślimaka widelczykiem.. :)




Może kiedyś wkleję więcej zdjęć... Tymczasem marzy mi się spacer po jesiennym Paryżu...



P.S. jeśli chcecie zobaczyć zdjęcia w powiększeniu to kliknijcie na prawy przycisk myszką i otwórzcie zdjęcie w nowej karcie. 

środa, 16 września 2009

cudowny zachód słońca...

 
Takie piękne zeszłoroczne dolno-kazimierskie słońce zachodzi dla mnie nad dzisiejszym dniem.. Wykończona batalią przeciwko egzaminom pójdę wcześniej spać, bo jutro, cóż.. z powrotem wracam do pracy i to na ósmą rano.. A walka zakończyła się zwycięstwem! :) z 3 egzaminów: 2 pisemnych i 1 ustnego została wyciągnięta średnia: 4+ Cieszy mnie to niezmiernie, bo ta cała sesja wydawała mi się absurdem wyciętym z rzeczywistości.. A teraz mogę śmiało poczuć się studentką 5go roku.. Ale ten czas leci... ojojj....
Cieszcie się tym zachodem słońca..

poniedziałek, 14 września 2009

czerwone maki

                [ projekt made by Rébecca Dautremer własność KENZO, zdjęcie należy do portalu http://www.couleurparfum.com ]

W miniony weekend w Warszawie miała miejsce fantastyczna akcja marketingowa KENZO. Na Placu Zamkowym zakwitło 150 tysięcy czerwonych maków. Wyglądało to bajecznie. Nie wiem czy wiecie ale czerwone maki symbolizują zapach Flower by Kenzo. I też tym zapachem pachniały maki. Podobne takie akcje miały już miejsce w najmodniejszych miastach świata takich jak Paryż, Londyn, Hong Kong, Mediolan,  Moskwa... Więc w sumie jest to dla Warszawy miłe wyróżnienie. Maki zakwitły 11 września a 12 września będąc na spacerze po starówce dostałam bukiet tych kwiatów. To był cudowny widok: wszędzie przechodnie trzymali w rękach po kilka czerwonych kwiatów. Taki niezwykły gadżet w betonowym mieście. W ogóle cała ta instalacja wzbudzała pozytywne emocje, a poza tym była to według mnie bardzo dobrze przemyślana akcja marketingowa. Po pierwsze: czerwone maki od 2000 roku są kojarzone z tym zapachem. Po drugie: Każdy mak miał przyczepioną metkę, więc wszyscy od razu mogli skojarzyć kwiat z firmowym zapachem. Po trzecie: przechodnie zatrzymywali się na ulicach i pytali innych skąd mają takie śliczne kwiaty w związku z czym każdy informował o intrygującej akcji. A po czwarte maki same w sobie są piękne. Ich intensywny kolor jest romantyczny i w swojej prostocie są  niezwykłe. Za całą akcję animację oceniam kenzo na 5 z plusem ;)

 
[zdjęcie: własność KENZO]
 
[zdjęcie: własność portalu http://www.sophisti.pl] 
A tak z innej beczki to ciągle się uczę ;) hehe... dostałam już dwa ważne zaliczenia dzięki którym jutro będę mogła z uśmiechem przystąpić do dwóch egzaminów :P oj, oj.. będzie się działo... W nauce często towarzyszy mi kot :P uwielbia zwijać się w kłębek na kanapie i drzemać.. fajnie mu.. nie musi zdawać egzaminów.. ach...


P.S. chyba mi się popsuł licznik gości na stronce.. bo nie było mnie online kilka dni a tu tyle tysięcy wejść... no nie wiem co o tym sądzić..

niedziela, 6 września 2009

un examen au temps des cerises

egzamin w czasie wiśni...
Mam dziś niesamowitą chęć uczenia się.. i zwykle przytrafia mi się ona wtedy, kiedy pozostało już mało czasu do godziny zero.. w mojej karierze naukowej zawsze to się sprawdzało więc jestem spokojna hehe..
Po południu upiekłam wiśniowe crumble. Najpierw systematycznie wydrylowałam całą miskę wiśni, później zagniotłam maślane crumble.. Były to niezwykle przyjemne chwile. Uwielbiam piec ciasta!  Nie chcę się chwalić... ale wyszło wyśmienicie! z lodami waniliowymi i listkiem mięty smakowało niebiańsko.. :)
A teraz uczę się do mojego najbliższego zaliczenia, które otworzy mi złotą furtkę do egzaminu. Przedmiot pod tytułem: le français des affaires czyli francuski biznesu. Ponieważ w liceum byłam w klasie o profilu ekonomicznym, mogę powiedzieć, że uczenie się do tego przedmiotu jest przyjemnością. Kończę tę notkę.. na zdjęcia i szersze notatki zaproszę was jak tylko zakończę rozliczanie całego semestru pobytu zagranicą.. 
ciaoo...
 

piątek, 4 września 2009

podoba mi się...

Podoba mi się....

...dzisiejszy wieczorny, rześki deszcz...
...szum kropel spadających za oknem
...każda kropla deszczu, która spada z nieba z pozdrowieniami od Aniołów
...krucha filiżanka z chińskiej porcelany w której piję teraz zieloną herbatę
...nowy kolor lakieru do paznokci w odcieniu pudrowego różu
...to, że mimo 10 godzin pracy i jutrzejszych 6 nie czuję się zmęczona
...moje jasno kremowe biurko na którym jest porządek! :P
...halo beyonce, aż do znudzenia.. :)
...ta godzina.. jest dopiero po 23, więc spokojnie do 1szej mogę się uczyć
...mój nowy kalendarz na nowy rok szkolny, od 12 roku życia co rok kupuję nowy i to zawsze we wrześniu, nie mogę się doczekać, aż zapełni się wizytówkami, biletami do muzeów, biletami lotnicznymi i autobusowymi, zasuszonymi kwiatki, papierkami po czekoladkach i tym podobnymi sentymentalnymi fragmentami rzeczywistości... ciekawe co też się przez te najbliższe 12 miesięcy wydarzy...


dobrej nocy...

czwartek, 3 września 2009

free day

Dziś miałam cudownie wolny dzień od pracy. Lubię do niej chodzić, ale dniem wolnym nie pogardzę:P I nauczyłam się ostatnio maksymalnie wykorzystywać takie dnie, tak żeby odpocząć, ale zrobić także coś pożytecznego.. W kadrze tych pożytecznych spraw zmieściła się dziś wizyta na uniwersytecie.. Przez to, że byłam na stypendium zagranicznym w ramach programu erasmus, część egzaminów będę miała we wrześniu.. We wrześniu czyli już bardzo wkrótce! Nałożyłam więc sobie szlaban na czytanie wszelkich gazet, książek i stron internetowych nie związanych z egzaminami :D  nie chcę się rozpraszać, tylko muszę się skoncentrować na najbliższym mi teraz celu. A koncentracja się przyda! 3 egzaminy i 2 zaliczenia to nie lada wyzwanie.. I ochoczo się zagłębię w lekturę skryptów, czas przećwiczyć komórki mózgowe. Trochę się obawiam tych egzaminów, bo materiał jest spory, ale jejku nie raz i nie dwa już miałam sesję:P
Do tych  dzisiejszych odpoczynkowych momentów zaliczę wieczorny wypad na urodziny mojego znajomego, zresztą autora hipokampu na onecie. Kolejny rok do przodu, kolejne nowe możliwości, nowe nieznane dni i niespodziewane chwile...
Do wcześniejszych życzeń dołączam jeszcze  arabską piosenkę piosenkarza za którym przepadam.  Mabrouk! czyli wszystkiego najlepszego! :)

 Wszystkiego najlepszego! :)   --->> kliknijcie! zostaniecie odesłani na youtube'a

wtorek, 1 września 2009

1 września


Z powinszowaniem Nowego Roku SZKOLNEGO :))

1 września..
Pamiętam, ile ta data wzbudzała we mnie kiedyś emocji.. och i ach.. 1 września.. dzień w którym rozpocznę nowy rok edukacji szkolnej, kiedy spotkam się z kumpelami i obgadamy całe dwa miesiące podczas których nie miałyśmy kontaktu.. Lubiłam też wcześniejsze przygotowania do tego dnia, czyli: zakupy :D Nowe kredki pachnące drewnem, nowe książki z charakterystyczną wonią farby drukarskiej, czyste kartki w zeszytach, zestaw kolorowych długopisów. I te rzeczy sprawiały największą przyjemność właśnie na początku roku szkolnego, kiedy były jeszcze takie niewinne.. Z czasem zeszyty zapełniały się drobnym druczkiem, skreśleniami, rysunkami na marginesach, pozostawały czasem ślady po wyrwanych kartkach potrzebnych do pisania karteczek do koleżanek. 
A tymczasem dziś ten dzień nie ma dla mnie jakiegoś specjalnego znaczenia.. dzień jak co dzień..:P Idąc do pracy uśmiechałam się tylko w myśli do całej szkolnej dziatwy i młodzieży, która w ten słoneczny poranek ubrana przepisowo w kombinacje kolorów biel+granat lub biel+czerń dreptała po miejskich chodnikach w kierunku swoich "ukochanych" szkół :) hehe..  Szczerze mówiąc nie żałuję ani jednego dnia spędzonego w szkole, książek, ulubionych nauczycieli.. i nawet nie mam im za złe, tego że często wypraszali mnie za drzwi za nadmierne gadanie :P Szkoła, po prostu jedna z wielu przygód w życiu. 
A tak na marginesie to cały czas zastanawiam się nad szatą graficzną mojego nowego bloga. I muszę wymyśleć jakiś sensowny nagłówek.. Pracuję nad tym więc nie zdziwicie się jeśli wygląd tej strony się zmieni...
Ciao...

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

miłość odbija się na twarzy

Spędziłam cudowne popołudnie na wsi. Byłam u siostry mojej śp babci Halinki. Czyli u takiej przyszywanej babci i dziadka. Oboje są ogromnie kochani. Mają łagodne, piękne błękitne oczy i siwe włosy.  Ich twarze są pokryte siateczką zmarszczek. I wyglądają cudownie. Te zmarszczki są radosne, widać, że w życiu często się uśmiechali, mimo tego, że doświadczyli także wielu cierpień. I starość nie jest dla nich czymś przykrym. Wprost przeciwnie, cieszą się sobą, tym, że mogą być dalej, że są razem. Chciałabym przeżyć kiedyś taką starość. Przy czym mają niesamowite poczucie humoru, radość życia. Kochani.
A wieś w ostatni sierpniowy dzień prezentuje się wprost sielsko anielsko. Za stodołą nazbierałam cały kosz mirabelek z gałęzi uginających się od ciężaru złotych kuleczek. Będzie z nich dżem  na przekładanie słynnego rodzinnego tortu masłowego. Niebo pokrywały wielkie kłębiaste chmury. Jadąc tam wyobrażałam sobie z nich różne postacie.. A to galopującego konia, a to dziecięcego misia. Powietrze było nasycone wonią dojrzewających w słońcu śliwek i dymem z palących się gałęzi. Włosy pachną mi teraz dymem i wiatrem. W ogrodzie pod zielonym baldachimem winogron kawa z plackiem owocowym smakowała lepiej niż najwykwintniejszy deser w paryskiej kafejce. A to wszystko dlatego, że atmosfera było tam przepełniona spokojem, miłością i wzajemnym szacunkiem tych dwojga ludzi.  Szczerze żałuję, że nie zabrałam dziś ze sobą aparatu, byłyby piękne zdjęcia. I tak doszłam do wniosku, że niewiele w życiu potrzeba żeby być szczęśliwym.. Tak naprawdę jest to tak jak w piosence "Na dłoni" Anny Marii Jopek...  "szczęście to ta chwila co trwa, niepewna swojej urody"...
Wieś ma coś w sobie kojącego. Z dala od zgiełku miasta można się wyciszyć. Nikt nie lustruje ubioru, fryzury i makijażu. Bliskość z naturą napełnia spokojem. I żaden budynek nie ukrywa zachodu słońca na  horyzoncie. Na samo wspomnienie tej wizyty uśmiecham się do siebie.  
Jutro już pierwszy września. Po raz pierwszy w życiu wakacje minęły mi tak szybko. Może dlatego, że całe przepracowałam, i miałam kilka dni wolnych na krzyż. Ale nie żałuję. Najpiękniejszym sierpniowym dniem było właśnie dzisiejsze popołudnie. A jutro znów wtopię się w rytm pracy w mieście.. 

                                                                                  ***
A przy okazji 31 sierpnia:))
Dziś jest Blog Day 2009!!
Chciałabym więc Wam polecić 5 blogów, których jestem stałą czytelniczką :)
I myślę, że warto żebyście poznali te adresy!

A oto i oficjalna strona organizatora tej akcji:  http://www.blogday.org/


1. http://hipokamp.blog.onet.pl --> blog Luca, mojego znajomego, o jego historii życia i własnych głębokich przemyśleniach. A dodatkowo uważam, że ma talent literacki.

2. http://banana.blox.pl --> nowatorski styl prezentowania mody

3. http://mojewypieki.blox.pl/html --> palce lizać!

4. http://www.wherenatia.blogspot.com --> zdjęcia córeczki mojej znajomej, niezwykle fotogenicznej istotki

5. http://mafrance.blox.pl/html --> klimatycznie zdjęcia, ciekawy styl pisania


miłej lektury :))
ciaoooo!

sobota, 29 sierpnia 2009

montissima



To jest mój nowy blog.

Drugi który będę  na poważne prowadzić. Pierwszy, http://montinoble.blogspot.com zawiesiłam wraz z moim powrotem z Francji. Zawiesiłam, ale nie wykasowałam, więc jeśli komuś będzie się nudziło w jesienne popołudnie to zapraszam.
Tymczasem w tym będę łączyła wszystko: moje zainteresowanie modą,  literaturą, filmem. Moje przemyślenia., inspiracje, obserwacje. Znajdą się tutaj również zdjęcia kolczyków, które robię. To co mi się podoba, i to czego nie lubię. Słowem: mozaika. 

A dziś spędziłam niedzielne popołudnie na bieganiu. Znaki rozpoznawcze: buty do biegania, spodnie dresowe, sportowy top i 2 złote na butelkę wody mineralnej. W przerwie było duże pudełko soczystego sorbetu z czerwonych pomarańczy. Przepełnione słońcem, radością i  nutką goryczy w smaku. Wprost cudowne. A bieganie dotleniło krew w żyłach, sprawiło, że się zarumieniłam. Wraz z tym uczuciem napłynęła do mej głowy fala pomysłów na najbliższy czas. I energia dzięki której mam nadzieję zaliczyć piętrzące się przede mną góry: egzaminy i praktyki..
Wieczorem obejrzałam ciekawy film "Mała Moskwa". Niesamowita historia miłości pięknej Rosjanki do oficera Polaka, której to owocem były narodziny dziewczynki. I wszystko grałoby tutaj harmonijnie gdyby nie fakt, że owa Rosjanka miała męża pilota służącego w rosyjskiej armii. Splecione losy ludzi, dużo niesprawiedliwości świata, świeżość miłości kochanków sprawiają, że film jest dynamiczny i intrygujący. Godny polecenia...